poniedziałek, 14 grudnia 2009

Podróże sialalala...


Miałam ostatnio epizod wypuszczenia się w Polskę. Niedaleko całkiem. Kiedy wracałam po 3 dniach bez normalnego obiadu - niesiona jak na skrzydłach do gołąbków w sosie pomidorowym - polska rzeczywistość wyrwała mi wszystkie pióra z ogona. Wracałam do tyłu i na czworakach. Napisałam więc list do mojej koleżanki. Koleżanka: na bloga z tym!
NA BLOGA więc!!
***
Helooooo,

wysłałaś mi smsa, że powrót miałaś niefajny, więc dołączam się w bólu i opiszę Ci, jak powrót miałam ja.
Jak już odprowadziłaś mnie do tych cholernych bramek, i udało mi się przedostać z walizą na kółkach przez drzwi obrotowe (akrobacje wyższego stopnia), popędziłam na dworzec. Nie miałam dostępu do telefonu (ręce zajęte, do kieszeni daleko), więc nie wiedziałam ile minut zostało do odjazdu. Gnałam więc z walizą, torbą, sztalugami, tubą i reklamówą pod pachą. Jak już wpadłam na właściwy peron, po pokonaniu miliona schodów, dyszałam jak pies gończy i ledwo zdołałam zapytać czy to właściwy pociąg . Jakiś pan pomógł mi z walizą, a ja władowałam się do przedziału, gdzie siedziało trzech facetów. W innych siedziało o wiele więcej osób więc zdecydowałam dołączyć do tego męskiego towarzystwa.
Niestety - na swoje nieszczęście władowałam się do palącego. Panowie (w zasadzie jeden pan i jeden student) kopcili równocześnie, nie otwierając okien. Ja się wędziłam. Moje rzeczy też. Później dosiadł się kolejny delikwent i palili już we trzech - ja umierałam. Chciało mi się kaszleć, ale pewnie zostałabym zglanowana, więc dusiłam się po cichu. Ale - wierz mi - nie miałam siły turlać się z tobołami i szukać po tym cholernym pociągu wagonu niepalącego więc zostałam.
Dojeżdżając do Ostrowa odezwał się głos z głośnika. Powiedział, że przez wykolejenie towarowego pod Wrocławiem inny pociąg z Wrocławia (którego część jest doczepiana do naszego) opóźni się a my będziemy na niego czekać. 120 minut. Trzeba było widzieć miny pasażerów. Od razu wszyscy zaczęli się uśmiechać :D - a najbardziej Ci, którzy właśnie wysiadali i życzyli nam - idąc za przykładem głosu z głośnika - miłej podróży. Ja za te 120 minut to miałam wysiadać, a nie ruszać w drogę!!! Ponadto rola wędzonej w dymie makreli jakoś do mnie nie przemawiała. Na szczęście podczas postoju palacze otworzyli okna.
Postoju opisywać nie będę, tego, jak turlaliśmy się z toru na tor też. Pociąg ruszył wreszcie do celu z ponad dwugodzinnym opóźnieniem. I nawet do niego dotarł. Tu jednak czekało mnie najlepsze.
W mojej miejscowości pociąg zatrzymuje się na minutę. Ja stałam na korytarzu już 15 minut przed stacją, żeby nie przegapić. Za oknem ciemno jak w dupie - czarna dziura. Patrzyłam na drzwi przerażona, że nie dość, że nic nie widzę to jeszcze nie dam rady ich otworzyć, nie wysiądę i pojadę dalej. Mam taką traumę z dzieciństwa po tym, jak moi rodzice ewakuowali się z pociągu w ostatniej chwili - to było straszne i teraz się boję takich krótkich postojów. No i wykrakałam - pociąg zatrzymał się, a drzwi nie chciały się otworzyć!! Ja po prostu przeżyłam horror. Nie wiem jak ale ostatkiem sił je odblokowałam i wypchnęłam. KOSZMAR!!! Mąż już pędził do mnie po peronie, konduktor wrzeszczał, że odjazd a ja z tymi tobołami wysypywałam się z wagonu - po prostu masakra. Taki przeżyłam stres, że jak weszłam do domu to się poryczałam - byłam wykończona. Zamiast 21:30 było po północy, ja ledwo żywa, głodna, zestresowana, obolała - to taszczenie walizy po poznańskich schodach dało mi w kość.

Na drugi dzień poszłam do szpitala na tą rehabilitacje, co mi ją we wrześniu na grudzień przydzielili. Najpierw zostałam potraktowana jak powietrze - stojąc pół metra od cizi z trwałą z lat 80, a jak już podsunęłam jej pod nos kartę usłyszałam, że funduszy brak i że zadzwonią w połowie grudnia na styczeń mnie przepisać. Zabrali mi skierowanie i odprawili z kwitkiem. Teraz sobie myślę, że jak to skierowanie mi gdzieś zgubią to leżę. Bo jak pójdę po następne to dostanę przydział na wrzesień, albo jakoś tak.

Załamka Kasiu kochana - po to ja wyjechałam wcześniej z tego cholernego Poznania, coby na rehabilitację zdążyć. Przeżyłam koszmarne sześć godzin w pociągu, szarpałam się z tobołami i drzwiami, co mnie wypuścić nie chciały, tylko po to, żeby rehabilitantka od siedmiu boleści potraktowała mnie jakbym nic w życiu nie robiła tylko dybała na te pieprzone prądy na kręgosłup dla własnego widzimisię.
Ten kraj to jakiś koszmar. Złodziejski NFZ który bierze moje pieniądze, ale mnie nie leczy, ZUS, co mi każe płacić składki, ale emerytury i tak nie da o czym jeszcze śmie mi komunikować prosto w oczy.
Ech - i widzisz, Twoje podróże trasą szybkiego ruchu po ciemku we mgle i remontach, między TIRami - to nie jest jednak jedyna koszmarna forma podróżowania po naszym kraju :) Piękna nasza Polska cała....

Buziaki

***

4 komentarze:

aleksandrocholik pisze...

Tak sobie myślę, że chyba każdy z nas ma taką traumatyczną historię do opowiedzenia. Pewnie jak żal przejdzie i kurz opadnie to będę opowiadać wnukom jak to się w Polce w XXI wieku koleją jeździło:) A co do rehabilitacji to albo można trafić na super specjalistów (jak ja:P) albo na... i nie będę komentować bo wszyscy wiedzą na kogo można trafić...

Majlook pisze...

Noooo to mialas przygody... powiem Ci kochana szczerze, ze ja sama uwazam Francje za kraj ludzi zasciankowych, za kraj zacofany, ale co do jednego musze im przyznac racje, pomimo tego, ze wkurzaja strajkami - koleje sa pierwsza liga, jezdzac 2 klasa i tak czujesz sie jak w 1, choc w PL to nawet jakbys byla w 1 to bys nie poczula konfortu... nie wspominam o TGV, bo te pociagi sa wyjatkowe i je uwielbiam :))
Niestety ale w PL jest wiele rzeczy, ktore nie wiem czy kiedykolwiek sie zmienia...ale tutaj jest wiele rzeczy, ktore nalezaloby zmienic, a na nieszczescie oni nawet o nich nie slyszeli!
O sluzbie zdrowia to tez dluzsza historia i moze nawet w przyplywie wolniejszego czasu ja opisze... bo wg mnie co do kolejek do specjalistow to jest podobnie, a cala reszta... tez smieszna...
Takze jak widzisz... czlowiek mysli, ze jest w kraju gdzie teoretycznie powinno byc lepiej, a w praktyce... czasem zaluje, ze nie ma mnie w PL bo przynajmniej spotykalabym sie z rzeczami, ktore dobrze znam, a tak... spotykam sie z rzeczami, o ktorych myslalam, ze w takim kraju nie istnieja :))
Buziakuje i mam nadzieje, ze mimo wszystko doszlas do siebie po tej calej podrozniczo-medycznej traumie.
:****

pkanalia /ptr/ pisze...

ostatnio słyszałem, że "państwo" dopłaca do kolei z pieniędzy zabranych w formie różnych podatków zabranych kierowcom samochodów... z koleją mam ciągle do czynienia i jakoś nie zauważyłem skutków owego dopłacania... jest coraz gorzej... czekać tylko, jak czasy "Rzeźni" wrócą /"Rzeźnia" to był kiedyś taki osobowy, oficjalnie "Tatry" zwany, relacji W-wa - Zakopane/... trochę za stary już jestem, by fakt dojechania gdzieś w jednym kawałku wspominać jako powód do mołojeckiej chwały...
co do publicznej służby zdrowia, to uważam, że samo jej istnienie jest już nieporozumieniem koszmarnym, ale to już przecież wiesz...

Maju... koleje francuskie wspominam bardzo mile, choć do punktualności mógłbym się czepnąć, ale to i tak nie ta skala, co w Katolandzie... TGV to już kompletnie inna bajka, poezja, mógłbym rzec... śmiać mi się zawsze chce do rozpuku, gdy słyszę utopijne fantazje na temat projektów takiejż kolei w tym kraju :))))...

Simone pisze...

Oooo! I ja się tu podpiszę obiema rękami, gorliwie - w kwsteii, ze państwo nasze to kupa śmiechu. Pół wypłaty zabiera mi ZUS na ubezpieczenia i rzekomą emeryturę, której - jak słusznie zauważyłaś - ponoć nie dostaniemy, a jak do lekarza mam chęć pójść, to i tak za to płacę. Bo w przychodni to terminy na przyszły rok, a specjaliści tacy, ze pożal się Boże, wiec i tak jak mi coś dolega to idę prywatnie.